| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych | Księga gości | Forum dyskusyjne | Chat | Newsletter | Powiadom znajomego | Poczta | Facebook |
Polski English Deutsch
Słupsk GminaSłupsk Gmina Słupsk Gmina On-line
 Gminny Portal Internetowy
- | - Słupsk Powiat | Słupsk | Katalog Firm Słupsk | Katalog Firm Słupsk Powiat | Przetargi | Szukam/dam prace | Ogłoszenia | Bezrobocie | Słupsk Gmina w liczbach - | -
- | - Wyszukiwarka | Klimat | Pogoda | Mapa Gminy Słupsk | Plany miejscowości | Historia Gminy Słupsk | Społeczność Lokalna | Sylwester - | -

Słupsk Gmina On-line Słupsk Gmina On-line / Atrakcje turystyczne / Latające cygara z Jezierzyc

Człowiek od niepamiętnych czasów chciał latać w powietrzu. Na początku naszego stulecia podbój przestworzy fascynował konstruktorów i lotników. Kiedy w 1900 r. graf Ferdinand von Zeppelin skonstruował pierwszy sterowiec szkieletowy, zachłyśnięto się w Niemczech z zachwytu nad potężnym, "latającym cygarem", które choć ważyło dwadzieścia kilka ton, to rozwijało prędkość ponad 120 km na godzinę i pokonywało przestrzeń między kontynentami.

Słupski epizod w dziejach latających cygar

Najsłynniejszy sterowiec świata "Hindenburg".Oto otwierała się nowa era w podboju przestrzeni powietrznych. Poprawiony przez grafa Zeppelina wynalazek H. Giffarda z 1852 r. zrobił furorę w Niemczech. Powód był prosty - potężne sterowce napełniane wodorem mogły być wykorzystywane do celów wojennych. Początkowo Niemcy stosowali je do lotów zwiadowczych, ale podczas I wojny światowej zrobiły niebywałą karierę jako statki powietrzne przystosowane do bombardowania obiektów wroga.

W kilku fabrykach niemieckich powstawały sterowce o pojemności równej dzisiejszym tankowcom morskim. Dla przykładu podam, że sterowiec wojenny SL -10 oddany do użytku w 1915 r. i stacjonujący w Jezierzycach pod Słupskiem, ważył ponad 26 ton, miał 173 Sterowiec nad Słupskiem. metry długości, zabierał na pokład do 3 ton bomb, kilka karabinów maszynowych i nawet do 10 ton paliwa, nie mówiąc już o dwudziestokilkuosobowej załodze. Po napełnieniu wodorem, potężny kolos bez trudu unosił się w powietrzu a niezależne od siebie gondole silnikowe kierowały jego lot precyzyjnie ku wyznaczonemu celowi.

Port w Jezierzycach

Stworzona przez Niemców wielka flota gigantów powietrznych wymagała zbudowania sieci baz z hangarami mogącymi pomieścić kadłuby o długości dochodzącej nawet do 200 metrów. Jedna z takich baz otwarła podwoje w czerwcu 1915 r. w Żydzinie - kolonii Jezierzyc, kilka kilometrów od Słupska. Baza w Jezierzycach podporządkowana była ... marynarce wojennej i przez nią obsługiwana. Prawie 500 osobowa załoga, składała się przede wszystkim z marynarzy Kriegsmarine. Jak pisze Tomasz Zając w publikacji "Tajemnice polskiego Wybrzeża" baza w Jezierzycach była imponująca, nawet na dzisiejsze czasy. Składały się na nią dwa hangary o nazwach "Selim" i "Selinde", podziemne zbiorniki mogące pomieścić 40 tysięcy litrów paliwa, sieć bocznic kolejowych oraz budynków technicznych. Do tego dochodziła jeszcze potężna płyta lotniska, zajmująca wiele hektarów ziemi.

Pożary i katastrofy

Hale na jezierzyckim lotnisku nazywane "Selim" i "Selinde".Port sterowcowy pod Słupskiem był obiektem wojskowym, mocno chronionym przed ciekawością cywili, ale trudno było ukryć przed oczami mieszkańców startujące lub lądujące w Jezierzycach kolosy. Historycy piszą, że przez jezierzyckie hangary przewinęło się 16 sterowców a dwa, wsławione w wielu akcjach bojowych podczas I wojny światowej - L-20 i L-21 tutaj miały swoją stałą siedzibę. Jezierzyckie sterowce prześladowało jakieś fatum - wszystkie zakończyły żywot w tragiczny sposób. Pierwszy, zainstalowany w bazie Kriegsmarine - L-5 został zestrzelony przez Rosjan w 1915 r. 18 listopada tegoż samego roku zaledwie po 10 minutach lotu spłonął nad Bałtykiem sterowiec SL-6. 

Interesujący się sprawami wojskowości słupski historyk - dr Tomasz Katafiasz twierdzi, że największą wadą sterowców było samozapalanie. Pożary dziesiątkowały statki powietrzne i ich załogi. Np. stacjonujący w Jezierzycach SL-9 wpadł w burzę i spłonął w powietrzu w 1917 r. podczas lotu nad terytorium Rosji. Cała Baraki przylegające do jezierzyckiego portu lotniczego. załoga zginęła. Takie wydarzenia były na porządku dziennym, dlatego potężne ilości pieniędzy rząd Rzeszy inwestował w usprawnianie konstrukcji "latających cygar". Zeppeliny budowano także w jezierzyckiej bazie, zajmowała się tym firma Perseval - Naatz, ale nie udało mi się dotrzeć do informacji, ile jednostek tutaj powstało.

Rozkwit jezierzyckiego portu sterowcowego przypadał na lata I wojny światowej. Po jej zakończeniu baza Kriegsmarine uległa znacznemu okrojeniu - w myśl postanowień traktatu wersalskiego. Hangar "Selim" został rozebrany, zaś dwa, stacjonujące tu sterowce oddano Francji i Włochom w 1920 r. Na terenie Rzeszy pozostawiono trzy bazy sterowcowe - Jezierzyce były jedną z nich.

Pod koniec lat 20-tych miały odegrać wielką rolę w wątpliwej sławie, jaką Słupsk zdobył w Europie.

Koniec epoki sterowców

Hangar "Selinde" przestał służyć do budowania sterowców, po wielkiej katastrofie jakiej uległ w 1937 r. największy niemiecki statek powietrzny "Hindenburg", który wykorzystywany był do komunikacji między Europą a USA. Taką rolę, jak twierdzi dr Katafiasz przeznaczyli Niemcy sterowcom od 1924 r. "Hindenburg" spłonął podczas przelotu nad Atlantykiem. Po tej katastrofie Niemcy wycofali się z programu rozwoju sterowców. W tym czasie posługiwali się jeszcze jednym supersterowcem o nazwie "Graf Zeppelin" i budowali jego ulepszoną wersję - "Graf Zeppelin II". Ten ostatni mógł stacjonować w Jezierzycach i na nim kończy się burzliwa historia aeronautyki.

"Graf Zeppelin II" stał się przyczyną wielkiego skandalu międzynarodowego w maju 1939 r. Niemcy użyli sterowca do lotu szpiegowskiego nad Wielką Brytanią. Zamierzali "przetestować" jego przelotem sprawność działania okrzyczanej nowości brytyjskiej - radarów przeciwlotniczych. "Zeppelin" został odkryty przez Brytyjczyków. Prasę zalały informacje o niemieckich szpiegach. Rząd wystosował ostrą notę dyplomatyczną do Hitlera, ale Niemcy wykpili się zgrabnym dementi, w którym napisali, że sterowiec został zepchnięty przez wiatr na Wyspy Brytyjskie i ... zabłądził. Kłamstwo zostało przez Anglików gładko przełknięte, bowiem nikt nie chciał drażnić Hitlera. Ten właśnie lot kończy erę sterowców.

Podczas II wojny światowej, jak twierdzi słupski historyk Tomasz Katafiasz, Niemcy skrupulatnie demontowali wszystkie istniejące jeszcze sterowce, bowiem duraluminium potrzebne było do budowy samolotów. "Głos Wybrzeża" napisał, że po II wojnie światowej pojawiły się w Jezierzycach sterowce i samoloty sportowe pochodzące z demobilu amerykańskiego.

Dzięki byłemu pilotowi szybowcowemu - Borysowi Wilhelmiemu udało mi się wyjaśnić wątek sportowych samolotów "Piper Cup", których związek z bazą sterowcową w Jezierzycach wydawał mi się mało prawdopodobny. Pochodzące z demobilu amerykańskiego małe samoloty łącznikowe "Piper Cup" pojawiły się w Jezierzycach w roku 1947. Przywożono je z Anglii drogą morską we fragmentach. Wyładowywano w Gdyni i składowano w Jezierzycach. Cały "podarunek" mógł liczyć ponad 100 sztuk. W byłej bazie sterowcowej uruchomiono dużą montownię, skąd skompletowane pajperki, jak je nazywano trafiały do wszystkich aeroklubów i zasilały polskie lotnictwo sanitarne. Borys Wilhelmi, jako kilkunastoletni chłopak uczący się arkanów sztuki szybowcowej, był przy montowaniu co najmniej 40 samolotów.

Zniknęły z naszego życia wtedy, gdy najlepsze było już tylko to, co radzieckie. Od końca lat 50-tych, bezcenny zabytek techniki, jakim była jezierzycka baza sterowcowa i port, nigdy już nie służył lotnictwu.

Tragedia "Selinde"

Od słupskiego lotnika usłyszałam, że port sterowcowy w Jezierzycach jest jedynym tego rodzaju zabytkiem w Europie. Jeżeli tak jest, to dziś zostało po nim niewiele. Lotnisko zamieniono w pole uprawne. Jeszcze w latach 80-tych dyrektor gospodarstwa rolnego w Bukówce - Mirosław Nanaszko wyciągał z ziemi potężne umocnienia betonowe, które służyły sterowcom. Nikt nie wie, co stało się z podziemnymi zbiornikami na paliwo. Podobno miała w nich być woda, ale pożar w 1989 r. ujawnił, że wody pod ziemią nie było. Bocznice kolejowe po dziś dzień eksploatuje przedsiębiorstwo "Bałtykgaz". Mieszkańcy Bukówki twierdzą, że nadal istnieją tunele podziemne łączące niegdysiejszy port lotniczy z kilkoma budynkami w ich wsi (sąsiadującej z Jezierzycami).

Pod ziemią może kryć się mnóstwo zagadek. Są o tym przekonani ludzie, którym niemiecka firma zlecała naprawę nawierzchni w miejscu, gdzie dziś rezyduje "Bałtykgaz". Niemcy posiadali stare plany podziemi i zapowiedzieli robotnikom, by nie wchodzili do podziemnych pomieszczeń, które odkryją podczas prac budowlanych. Podczas zdejmowania nawierzchni, rzeczywiście odkryto jakieś pomieszczenia. Musiały mieć dawno temu jakieś przeznaczenie techniczne, tak ocenili własne odkrycie robotnicy, oglądając plątaninę rur, niewiadomego przeznaczenia. Co jeszcze kryją jezierzyckie podziemia? Być może wiedzą to, posiadacze wojskowej dokumentacji.

Ostatni hangar sterowcowy - "Selinde" należący po II wojnie światowej do gdyńskiego Przedsiębiorstwa Obrotu Surowcami i Towarami Importowanymi był niezwykłą budowlą. Wzniesiono go w latach 1906-1914. Główne elementy dachu stanowiły kratowe ramy stalowe, których połowy połączone były przegubowo w kalenicy dachu. Dach "Selinde" mógł być otwierany i przesuwany. Rozwiązania techniczne zastosowane w jego konstrukcji uchodziły za unikatowe w Europie.

To, co było przystosowane do obsługi sterowców, nie nadawało się do innego przeznaczenia a potężny hangar był przez dziesiątki lat użytkowany jako hala magazynowa. W 1987 r. w jezierzyckich magazynach przeprowadzono ćwiczenia jednostek straży pożarnej, zakładając możliwość powstania pożaru wewnątrz budynku. Dziś nie jest już tajemnicą, że obiekt nie był dostosowany do składowania materiałów łatwopalnych. Nie zainstalowano w dachu klap dymowych, nie wydzielono stref pożarowych przegrodami. Konstrukcja nośna dachu nie spełniała wymogów ochrony przeciwpożarowej. Od ćwiczeń strażaków minął rok. 6 września 1989 r. podczas nieostrożnego przeprowadzania prac spawalniczych zaprószono ogień. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przeprowadzano ćwiczenia.

Pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. Podczas akcji ratowniczej zawalił się dach hangaru. Do wnętrza magazynu wpadli wraz z dachem czterej strażacy. Ryszard Broniecki i Grzegorz Maksajda stracili życie. Dzisiaj fakt ten upamiętnia tablica pamiątkowa przed komendą Straży Pożarnej w Słupsku. Po zabytkowej hali zostały tylko kikuty rusztowań. Pożar znalazł finał w Prokuraturze Wojewódzkiej w Słupsku, bowiem o spowodowanie śmierci strażaków posądzano kierujących akcją ratowniczą. Pod koniec maja 1990 r. prokuratura umorzyła śledztwo nie dopatrując się winy dowódcy akcji gaśniczej.

Tablica upamiętniająca śmierć słupskich strażaków w zgliszczach jezierzyckich hal magazynowych.Ekipy biegłych powołanych do tej sprawy analizowały mechanizm, niemożliwego do przewidzenia, zawalenia się dachu o nieznanej strażakom konstrukcji i stwierdziły istnienie wewnątrz hangaru dwóch, wzajemnie na siebie oddziaływujących pożarów. Hangar spłonął doszczętnie, próby ratowania nie na wiele się zdały.

Po dziś dzień "Selinda" jest dla słupskich strażaków zawodowym wyrzutem sumienia, bowiem wobec żywiołu byli bezradni i nie potrafili ochronić życia dwóch kolegów. Pożary, które były przyczyną śmierci setek lotników sterowców dopełniły przeznaczenia bazy sterowcowej w Jezierzycach - zmiotły ją z powierzchni ziemi.

Wielki skandal i wyprawa na biegun

Międzynarodowe skandale mają to do siebie, że zainteresowanie nimi nie słabnie nawet po bardzo wielu latach, jeżeli bohaterami byli sławni ludzie. Taki skandal uczynił Słupsk miastem o wielkiej, ale wątpliwej sławie światowej, w czasach rozkwitu ery sterowcowej. Dzięki Stanisławowi Muszyńskiemu, który spenetrował przedwojenne akta zespołu "Magistrat der Stadt Stolp" dziś możemy prześledzić dramatyczną historię słynnej wyprawy na biegun.

Kim był Umberto Nobile?

Encyklopedie piszą, że włoski generał Umberto Nobile, był konstruktorem sterowców i podróżnikiem polarnym a od 1928 r. profesorem politechniki w Neapolu. Po raz pierwszy sterowcem własnej produkcji "Norge" dokonał w 1926 r. przelotu nad biegunem północnym wespół z Roaldem Amundsenem i Ellsworthem. Podczas drugiej wyprawy na biegun sterowiec "Italia" uległ katastrofie a Roald Amundsen zaginął podczas akcji ratowniczej. Za tymi krótkimi informacjami kryje się w rzeczywistości niezwykle dramatyczna historia.

Po prześledzeniu wielu jej wersji nabrałam przekonania, że sława i upadek generała Nobile był dziełem ... polityki a ściślej propagandy. Słupsk odegrał w niej niebagatelną rolę. Ale spróbujmy opowiedzieć o faktach sprzed lat sześćdziesięciu. Zachęcony sukcesami niemieckiego konstruktora, grafa Ferdinanda von Zeppelina, Umberto Nobile rozpoczął prace nad zbudowaniem półsztywnego sterowca. Latający olbrzym o kubaturze 19 tys. m. sześć. i ładowności 23 ton powstał na początku 1926 r. Konstruktor uparł się, żeby pierwszy lot był próbą zdobycia bieguna północnego. Do pomysłu zapalił się wielki polarnik - Roald Amundsen i bogaty, ekscentryczny Amerykanin - Lincoln Ellsworth.

Generał Nobile i jego załoga podczas wizyty w Słupsku.Wyprodukowanie prototypu statku powietrznego zbiegło się z dojściem do władzy Mussoliniego, który zamierzał sukces włoskiego konstruktora wykorzystać na użytek faszystowskiej propagandy. Ponieważ Amundsen chciał zdobyć sterowiec włoski za każdą cenę, Mussolini gotów był go przekazać Norwegom, pod warunkiem, że polecą na biegun pod włoską banderą a szefem wyprawy będzie gen. Nobile. Prasa włoska czyniła wokół Nobilego mnóstwo szumu, ale Norwegowie nie dali się zaprząc do rydwanu faszystowskiej propagandy. Sterowiec kupili za 75 tys. dolarów i nadali mu nazwę "Norge".

Nobile zdobył biegun u boku Amundsena, ale po tej wyprawie obaj panowie serdecznie się znienawidzili na długie lata. Sukces "Norge" wywołał we Włoszech entuzjazm. Czczony jak bohater narodowy Nobile przystąpił do budowy następnego latającego cygara - bliźniaczo podobnego do "Norge". Namawiano go, by nowy cud techniki odbył lot do Rio de Janeiro, ale Nobile zaślepiony świeżą sławą, chciał sam zdobyć biegun. Mussolini, był niezadowolony, ale uparty Nobile wyruszył 16 kwietnia 1928 r. na północ. Na pożegnanie duce rzekł generałowi, że lepiej nie kusić losu dwa razy i... jak na ironię, były to słowa prorocze.

Skandaliczny Słupsk

Trasa "Italii" wiodła przez Wiedeń, Berno, Kłodzko, Wrocław, Poznań do Słupska. Tutaj była meta pierwszego etapu. Zanim Włosi dotarli do Słupska nadburmistrz Hasenjäger miał nie lada kłopoty. Choć minęło 10 lat od zakończenia I wojny światowej, niemieccy junkrzy nie mogli wybaczyć Włochom wycofania się z przymierza zbrojnego. Jeden z radnych miejskich zaproszonych na bankiet z okazji wizyty w Słupsku sławnego Nobilego napisał burmistrzowi, że "nie godzi się jemu siedzieć przy jednym stole z przedstawicielami narodu rozbójników, bandytów i przeniewierczych zdrajców". Biedny burmistrz nawet nie przypuszczał, że to jest wstęp do międzynarodowego skandalu, w jakim przyjdzie mu uczestniczyć.

Sterowiec Nobilego zakotwiczono w hangarze w Jezierzycach - donosił berliński tygodnik "Verkehr und Bäder" 18 kwietnia 1928 r. Potrzebny statkowi wodór trzeba było sprowadzić z Berlina i saksońskiej miejscowości Riesa, bowiem urządzenia wytwarzające ten gaz zostały w Jezierzycach zniszczone w wyniku realizacji postanowień traktatu wersalskiego.

Marynarze z Kriegsmarine sprawnie zakotwiczyli "Italię" w jezierzyckim hangarze. We wspomnieniach spisanych po latach p.n. "Czerwony namiot" Umberto Nobile nie szczędził słów pochwały marynarzom. Pod ich opieką zostawił sterowiec wymagający drobnych napraw.

Razem z żoną, która specjalnie przyjechała z Włoch, sławny człowiek ruszył na przechadzkę po Słupsku i zachwycił się pięknym, czerwonym kościołem. Który to był kościół? Nie wiadomo, wszystkie słupskie kościoły były wówczas z czerwonej cegły.

W swoich wspomnieniach Nobile zupełnie pominął sprawę skandalu. No i pewnie nic byśmy o nim nie wiedzieli, gdyby nie... wścibscy dziennikarze. Znamienitego gościa umieszczono w najelegantszym hotelu Hotel "Mund" (dziś na jego miejscu stoi kino "Milenium") miejsce międzynarodowego skandalu. "Mund", który znajdował się na miejscu dzisiejszego kina "Milenium". Wieczorem 16 kwietnia 1928 r. władze Słupska wydały w hotelu bankiet. Wygłaszano przemówienia, toasty a wreszcie załoga "Italii" wpisała się do Złotej Księgi miasta. Te podpisy, przechowywane dziś w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, są jedynymi, jakie złożyła ekipa podróżników, wśród których oprócz Włochów byli także Czech i Szwed. Co działo się na bankiecie - wiedzieli nieliczni. Piekło rozpętało się nazajutrz. Sprawozdawca "Berliner Zeitung am Mittag" donosił pod sensacyjnym tytułem "Przykre incydenty w Słupsku":

W pewnym znanym hotelu, który jak wiadomo jest główną siedzibą ruchu niemiecko- narodowego, generał Nobile i inni panowie doznali - delikatnie mówiąc - przykrości ze strony osób rekrutujących się spośród miejscowych posiadaczy ziemskich. Czyniono zarzuty właścicielowi, że odważył się przyjąć Włochów do swego hotelu a pod adresem gości wypowiadano niezbyt pochlebne słowa, tak że ci uznali za rzecz konieczną opuszczenie lokalu.

Tak więc w kilka minut po wpisaniu się do księgi honorowej miasta Włosi uciekli z wydanego na ich cześć bankietu. Dzień później wszystkie gazety prześcigały się w sensacyjnych informacjach. 

W ciągu kilku dni Słupsk stał się "sławny" na całym świecie. Burmistrz sterroryzowany przez junkrów i wyszydzony przez zagraniczną prasę usiłował zatuszować skandal. Uprosił gen. Nobilego o zdementowanie pogłosek o zniewadze. Włoch się zgodził. Do kilkudziesięciu gazet europejskich wysłano sprostowania, ale to nie na wiele się zdało. Sprawa nabrała tak wielkiego rozgłosu, że prezydent rejencji koszalińskiej nakazał przeprowadzić śledztwo. W jego efekcie ustalono, że Nobilego jeden z junkrów nazwał "pożeraczem makaronu i sprzedawcą pułapek na myszy". Kiedy wybuchła afera, nadburmistrz Hasenjäger oskarżany był przez junkrów o zdradę i kalanie własnego gniazda. Wysyłano mu listy z pogróżkami i anonimy. Jeden z takich listów zachował się w archiwum słupskiego magistratu.

Czerwony namiot

"Italia" opuściła niegościnny Słupsk i dotarła do bieguna północnego 23 maja 1928 r. Po 30 godzinach od opuszczenia bieguna sterowiec znalazł się w centrum burzy śnieżnej. Ciężar statku tak się powiększył, że 25 maja gondola uderzyła gwałtownie o lód. Nobile i jego ośmiu towarzyszy znalazło się na pływającej krze. W resztkach gondoli mieli jeszcze zapasy żywności na 45 dni. "Italię" porwała burza śnieżna. Na jej pokładzie było 9 mężczyzn, po których zaginął wszelki ślad. Nobile regularnie wysyłał radiem sygnał SOS. Po pięciu dniach odebrał go radioamator z Archangielska i uruchomił akcję ratowniczą. Tymczasem trzech członków "Italii" ruszyło na poszukiwanie pomocy.

Wiadomość o katastrofie "Italii" zastała Roalda Amundsena - "króla polarników" na bankiecie w Oslo. Jeden z dziennikarzy znając jego nienawiść do Nobilego zapytał, czy Amundsen zamierza uczestniczyć w akcji ratunkowej. Odpowiedzią było jedno słowo: natychmiast! Mussolini nie zgodził się, żeby Amundsen brał udział we włoskiej ekipie ratunkowej. Wielki polarnik poleciał na biegun w niedostosowanym do warunków lodowych samolocie francuskim "Latham 47". Wystartował wraz z czteroosobową ekipą 18 czerwca i nikt tej grupy już nigdy nie ujrzał wśród żywych.

24 czerwca jednosilnikowy samolot szwedzki, lądował obok czerwonego namiotu rozbitków z "Italii" i zabrał tylko jednego pasażera - Nobilego, który miał organizować dalszą pomoc. Nobile wrócił do Włoch, gdzie ostro skrytykowano go za to, że zostawił towarzyszy. Pilot szwedzki Lundberg usiłował po raz drugi lądować na krze, na której rozbito czerwony namiot i uległ katastrofie. Sam stał się rozbitkiem.

10 lipca 1928 r. pilot junkersa radzieckiego lodołamacza "Krassin" ujrzał na krze dwóch rozbitków. Byli to Zappi i Mariano, którzy ponad miesiąc szli przez lód w poszukiwaniu pomocy. Ich trzeci towarzysz - Szwed Malmgren skazał się na śmierć, by nie opóźniać marszu. 11 lipca "Krassin" odnalazł czerwony namiot i zabrał na pokład pięciu ocalałych członków wyprawy na biegun.

Skompromitowany Nobile

Po powrocie do Rzymu gen. Nobile witany był niezwykle serdecznie przez mieszkańców Wiecznego Miasta, ale Mussolini zarządził przeprowadzenie dochodzenia w sprawie tragicznej katastrofy i akcji ratowniczej. Nobilego otoczyła atmosfera spekulacji i podejrzeń. Śledztwo uwolniło go, co prawda, od zarzutów, ale odtąd był przez prasę wyjątkowo wrogo traktowany. Benito Mussoliniemu niepotrzebny był bohater, który ... przegrał.

Upokorzony Nobile wyemigrował do... Związku Radzieckiego, gdzie nadal pracował nad konstrukcją sterowców i przeżywał gorycz wielkiej, publicznej klęski. Umarł we Włoszech w roku 1978.

Słupski epilog

Podpisy załogi Nobilego złożone w "Złotej Księdze" Słupska.Kiedy cały cywilizowany świat myślał nad sposobami ratowania uczestników wyprawy biegunowej, odezwał się publicznie słupski Stahlhelm (Związek Żołnierzy Frontowych). Na wiecu, z którego protokoły przechowali urzędnicy magistraccy stahlhelmowcy ogłosili, że przyczyną katastrofy "Italii" było to, że Nobile dotarł do bieguna 24 maja a więc w dniu, w którym Włochy w roku 1915 przystąpiły do wojny przeciw Niemcom. Co więcej, w petycji do władz miejskich frontowi weterani stwierdzili, że Nobile nie jest godzien, by jego nazwisko figurowało w Złotej Księdze Słupska i kategorycznie domagali się, aby zostało z niej usunięte. Na szczęście nikt tego nie zrobił.

Czas pokrył niepamięcią wydarzenia, które rozpalały emocjami słupszczan i zagranicznych dziennikarzy. Po Nobilem i Amundsenie pozostały informacje w encyklopediach a jedyny autograf 17 zdobywców bieguna tkwi nadal w słupskim, muzealnym zabytku, zaledwie parę kart dalej od wartego w Niemczech kilku Mercedesów, podpisu króla Wilhelma i jego żony Augusty Wiktorii.

Tekst: Grupa Słowińskie na podstawie książki pt. "Słupsk miasto niezwykłe" autorstwa Jolanty Nitkowskiej-Węglarz.
Największy wybór ciekawych książek o Gminie Słupsk do nabycia w Księgarnii Słowińskiej.




Gry, tapety, aplikacje, polifonia i... wszystko na komórkę kliknij tutaj>>>


Web Informer Button